Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piechota Morska z Marienburga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piechota Morska z Marienburga. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 września 2025

Piechota Morska z Marienburga

Marienburg – miasto tysiąca wysp, port, w którym sól miesza się z krwią, a kontrakty podpisuje się równie często piórem, co ostrzem kordelasa. Tutaj pieśni kupieckie zagłuszają modlitwy, a wartość człowieka mierzy się nie w wierze, lecz w workach guldenów. W takich realiach narodziła się Piechota Morska – formacja, która nie zna pojęcia chwały ani ojczyzny, a jedynie koszt i zysk. To ludzie wychowani w cieniu doków, na tratwach i w tawernach, z dymem prochu w płucach i smołą pod paznokciami. Ich mundurem jest sól i smoła, a sztandarem – taryfa celna. To oni są żelazną pięścią kupców, mieczem i tarczą miasta, które dawno sprzedało duszę bogom złota. 

***

Nie jesteśmy armią Imperatora. Nie klękamy przed ikoną Sigmara. Nie maszerujemy dla chwały. My służymy złotu - a złoto nie zna litości.

Jesteśmy tarczą, którą Marienburg kupił własną krwią i żelazem. Każdy nasz krok wybrzmiewa rachunkiem. Każdy wystrzał kosztuje - i przynosi zysk. Gdy przychodzimy, nie słychać trąb. Tylko szum wody… i ryk ognia.

Na lądzie czy na pokładzie, w kanale czy w sercu burzy - nie ustępujemy. Bo nie mamy gdzie wracać. Nasz dom to port, który spłonął już sto razy, a mimo to wciąż wypływamy. Piechota Morska nie zna odwrotu. Tylko kontrakt. Tylko cel.

A kiedy morze sięgnie po nas ostatni raz… utopimy je razem z sobą.

- Kapitan Klaas van Draken, Gwardia Miasta Tysiąca Wysp

W Marienburgu, gdzie złoto znaczy więcej niż przysięgi, a wierność odmierza się workami guldenów, służba w Piechocie Morskiej nie jest powołaniem – jest kontraktem. To żelazna pięść miasta kupców, wyszkolona, by domykać bilans tego, co przypływa i odpływa. Nie maszerują dla chwały, tylko dla czystej marży. Ludzie ze smołą pod paznokciami i prochem w płucach, z oczami bezwzględnymi jak liczby w księdze rachunkowej. Nie salutują chorągwiom, tylko rachunkom, nie kłaniają się przed ikoną, tylko przed taryfą celną i ceną frachtu. 

Zanim trafią pod banderę Gildii Kupców, przechodzą szkolenie, które uczy posłuszeństwa stali i wodzie – i arytmetyki ryzyka. Najpierw liny i wanty, komendy wykrzykiwane w deszczu, desant na śliski pomost z muszkietem gotowym do strzału. Potem noc czarna: alarm na trzeciej straży, bieg przez most, zajęcie bramy, ustawienie posterunku. W dzień trenują podział sekcji jak kolumny bilansu: zapas, przepływ, zabezpieczenie. Każdy ruch jest wyliczony – błąd to koszt, czasem strata całkowita. Kto nie wykona w porę rozkazu bosmana, wspina się po kotwicznej linie, kto sięgnie po rum przed czasem, stoi na warcie nocą przy portowej bramie.

Nad tym wszystkim czuwa kapitan, szorstki jak trybunał kupiecki, i bosman, którego słowo tnie szybciej niż kordelas. Mat zbiera wątpliwości i wyjaśnia je w czasie katorżniczej musztry; kiedy kapitan skinie, sekcje ruszają pewnie i niezachwianie jak stempel w lufie przeładowywanego muszkietu. Pośród nich chodzi kapłan Mananna – nie mnich od psalmów, lecz sędzia morskiego prawa i wykonawca polityki portowej. Błogosławi żagle, dusi bunt, odcina zabobon jak pozycję bez pokrycia. Bywa też cień guślarza – ostrzeżenie przed klątwą, jak margines na nieprzewidziane ryzyko. Tolerowany tak długo, jak bilans zysków i strat jest dodatni.

Kiedy kompania wychodzi w morze, żagle napinają się jak płuca przed krzykiem, a pokład staje się wąskim biurem windykacyjnym. Z mgieł wyślizgują się kontrakty i kwity: konosamenty, listy przewozowe, ubezpieczenia. Piechota Morska przykuca za pawężami, a w księgach dopisuje: ochrona ładunku, premia sztormowa, kara za opóźnienie. Salwa to tylko rubryka środki przymusu, dym – kurz ze starego rejestru. Kto nie płaci cła, ten płaci krwią, kto spóźnia się z opłatą kotwiczną, ten śpi pod strażą w Rijker. Marienburg zagłusza głos sprzeciwu hukiem pieczęci i trzaskiem łańcuchów na bramach wodnych. Na mokradłach i deltach rozgrywa się inny teatr – logistyka. Przepływ ludzi, beczek, amunicji, jak strumień należności przez Domy Kupieckie. Przepatrywacze liczą brody rzeczne jak rachmistrze mosty: co przeniesie ciężar, co pęknie pod wolumenem. Powóz to aktywo obrotowe, zaprzęg – amortyzacja w ruchu. Zapas prochu jest zawsze na minusie, więc sekcje ćwiczą oszczędny ogień; jedyną dywidendą bywa cisza na nabrzeżu. Gdy miasto podnosi stawki, kompania wymusza je jak solidny faktor: tarcza w drzwiach, kwit w ręce, pieczęć na magazynie.

Czasem droga prowadzi lądem, ku mostom poboru i zamkom dłużników. Tam nie ma romantycznych opowieści o szlachetnych rozbójnikach, jest geometria i balans kont. Przepatrywacze pełzną korytami strumieni, szukając pęknięć w murze, a gdy przychodzi czas, przez bramy otwarte od środka wchodzą żołnierze okrętowi. Dziedziniec zamienia się w prosty rachunek: zabezpieczenie, inwentaryzacja, zamknięcie sprawy. Raubritter kocha słowa o prawie krwi, Piechota Morska woli krótkie słowo spłata i właściwy kurs guldena. Sartosa, Norska, Bretonnia – nazwy w rubryce czynniki zewnętrzne, odpowiedzią jest rytm konwoju, eskorta i blokada.

W tle wszystkiego szoruje codzienność: beczki, liny, zaprzęgi – same liczby. Powóz skrzypi przez groble Jałowej Krainy. Stół lazaretu rozkłada się jak modlitwa: szybko i bez zbędnych słów, gdy krew miesza się z solą – to koszt ukryty, księgowany czerwienią. Rydwan stukocze na bruku, osie nasmołowane, kosy naostrzone: narzędzie do otwierania kont zamkniętych oporem. To nie ozdoba – to argument; po nim zawsze następuje zapis w rejestrze.

W kompanii krążą opowieści, ale i one mają kolumny: przychód, rozchód, odpis. O bukanierach, krasnoludach z solą w brodzie i śmiercią w oczach – pozycje kapitał żelazny. O bosmanie, co trzymał morale bluźnierczymi wiązankami cięższymi niż łańcuch kotwiczny – kontrola jakości. O kapłanie, który wyrzucił do wody talizman, nim plotka spuchła – zarządzanie ryzykiem. O guślarzu, co wyczuł przeklęty kufer, zanim chciwy paluch podważył wieko – audyt ładowni. Historie są barwne, ale rachunek czarno–biały: żołd na dłoń, łup do księgi, bat na plecy jak kara umowna. 

Każdy drużynnik to linia w rejestrze: imię, stan uzbrojenia, przewidywany zwrot, zużycie, współczynnik buntu. Zysk – awans i większa wypłata; strata – krzyżyk w marginesie, odpis nadzwyczajny. Miecze są tylko narzędziem księgowości: otwierają, zamykają, podliczają. Marienburg prowadzi konta szerzej niż rzeka: cła Reiku, stawki na Vloedmuur, premie dla pilotów, sankcje dla opornych. Piechota Morska jest ręką, co przesuwa liczby przez morze.

Wieczorami, kiedy port oblepia wilgoć, a ogień w tawernie trzaska jak lina pod uciągiem, ktoś szepcze motto, które nie brzmi jak modlitwa, tylko jak dyspozycja: Obierz kurs. Trzymaj szyk. Otwórz ogień. I choć złoto nie ma sumienia, ci, którzy je niosą, mają pamięć – jak księga, która nigdy się nie zamyka. Pamiętają Ogród Mananna i Wysoki Most, nazwy statków, które nie wróciły, i twarze tych, co poszli na dno – w rubryce strata ostateczna. Rano wstają, bo port jeszcze pracuje, a kontrakt ma ważność.

Tak wygląda ich droga: między sztormem a targiem, między pieczęcią a łańcuchem. Między dumą a rachunkiem. Piechota Morska z Marienburga – tarcza kupiona krwią i żelazem, lecz rozliczana w srebrze. Nie prosi o pieśń. Wystarczy, że zgadza się bilans. A gdy morze wyciągnie po nich rękę ostatni raz, wpiszą należność w rubrykę do odzyskania – i spróbują ściągnąć dług, zanim wciągnie ich bez reszty.

Nie każdy śmiertelnik urodził się po to, by nosić miano kapitana piechoty morskiej. Wymaga to bowiem nie tylko twardości ducha i brutalnej determinacji, ale i szczególnego rodzaju szaleństwa, które pozwala człowiekowi świadomie podjąć się obowiązku dowodzenia najbardziej bezwzględnym, rozpitej i krnąbrnej zgrai żołdackiej, jaką widziały portowe zaułki Starego Świata. W Marienburgu, gdzie złoto liczy się bardziej niż sumienie, a wierność mierzy się miarą grogu i żołdu, kapitan piechoty morskiej jest zarówno władcą, jak i katem dla swojej załogi.

Musi być twardy jak węzły starego olinowania, nieustępliwy niczym sztormowe morze i bezlitosny niczym trybunał kupiecki. Dowódca takich ludzi nie może pozwolić sobie na słabość – każdy przejaw litości, wahania czy niepewności to zaproszenie do buntu, podstępu i zdrady. W świecie portowych spelun, wąskich trapów i cuchnących kajut szacunek zdobywa się szybko – ale utrzymuje wyłącznie grozą, dyscypliną i bezwzględną ręką.

Kapitan Piechoty Morskiej z Marienburga to nie jest zwykły kupiec czy przewoźnik. To żołnierz i wojownik morza, dowódca kompanii składającej się z pijanych marynarzy i brutalnych żołnierzy okrętowych, dla których statek i muszkiet są domem i rodziną. To człowiek, który zna smak bitew na pokładach płonących galer, walki wręcz w deszczu ognia i huku armat, oraz długich miesięcy dryfowania po bezlitosnych falach, gdy zapasy kończą się szybciej niż modlitwy do Mananna.

Choć wielu z nich trudni się handlem, przewożąc towary między portami Estalii, Tilei i Imperium, to równie wielu decyduje się na bardziej dochodowe zajęcia – piractwo, korsarstwo i najazdy na słabsze jednostki. Prawo jest dla nich cienką linią wyznaczaną nie przez sędziów, lecz przez ostrze miecza i lufę pistoletu. Pod banderą Marienburga, niezależnego miasta kupieckiego, wielu kapitanów działa na granicy prawa, służąc tylko tym, którzy potrafią sowicie zapłacić za ich miecze i statki.

Nie jest tajemnicą, że kulty Sigmara patrzą na kapitanów piechoty morskiej z głęboką nieufnością – widząc w nich ludzi zatraconych w pogoni za złotem i chciwością, ludzi, których dusze skalane są przez piractwo, zabobony i pogańskie rytuały morskich bóstw. Jednak w Marienburgu to nie bogowie rządzą portami – lecz ci, którzy mają siłę, aby przelać krew dla zysku i chwały.

Kapitan Piechoty Morskiej nie jest bohaterem pieśni bardów – to wojownik, żołnierz zrodzony z bitew, twardziel zahartowany w dymie prochu i woni słonej krwi, człowiek z pogranicza światów: lądu i morza, prawa i bezprawia, chwały i zdrady. 

***

Prymitywna magia guślarzy to niebezpieczna mieszanina instynktu i ludowych zabobonów. Każde ich zaklęcie może przywołać demony lub zwrócić uwagę Świętego Oficjum. W Imperium czeka ich tylko stos lub topór kata.

Tylko w Marienburgu, gdzie złoto znaczy więcej niż religia, znajdują chwilowe schronienie. Ukrywają się w portowych tawernach, pracują jako wróżbici lub rozwiązywacze problemów dla zbrojnych kompanii piechoty morskiej. Lecz nawet tu muszą się mieć na baczności – kapitanowie mogą ich zdradzić, a kupcy porzucić, gdy przestaną być użyteczni.

To życie w wiecznej ucieczce. Bo choć Marienburg daje chwilę oddechu, Święte Oficjum nigdy nie zapomina o swoich celach.

***

W piechocie morskiej Marienburga kapłani Mananna nie są łagodnymi kaznodziejami – to twardzi kapelani wojskowi, strażnicy tradycji i dyscypliny, czuwający nad duchowym i prawnym porządkiem na morzu. Manann, Pan Mórz, nie wymaga miłości – żąda szacunku, ofiar i bezwarunkowego posłuszeństwa wobec morskich praw.

Kapłani Mananna służą na okrętach wojennych i galerach, odprawiając rytuały błogosławieństwa przed bitwą, oczyszczając pokłady z krwi poległych i sprawując opiekę nad załogą. Ich obecność to gwarancja, że załoga statku nie popadnie w zabobon czy bunt. Równocześnie są groźnymi egzekutorami morskiego prawa – nie wahają się wymierzyć boskiej kary, jeśli sytuacja tego wymaga.

Kult Mananna nie posiada rozbudowanej hierarchii – każdy kapłan rządzi własną świątynią i działa według tradycji morza. Szczególne miejsce zajmuje Zakon Albatrosa – zakon nawigatorów i kapłanów–żeglarzy, którzy za sowitą opłatą prowadzą statki przez najbardziej zdradliwe wody.

W Marienburgu kapłani Mananna cieszą się szacunkiem i strachem – są żywym przypomnieniem, że morze nie zna litości, a gniew Manann może spaść równie łatwo na pirata, jak i na żołnierza okrętowego.

***

Bosman to druga po kapitanie osoba w kompanii piechoty morskiej. Chociaż oznacza to, że zamiast pracować samemu, może rozkazać innym wejść na maszt podczas sztormu, to fakt, że musi nadzorować wykonywanie wydawanych przez kapitana poleceń nie przysparza mu popularności. Bosmani są doświadczonymi żeglarzami i dobrymi gawędziarzami, opowiadają niesamowite historie starając się zadziwić innych opowieściami o wielkich krakenach, wężach morskich, syrenach oraz tym podobnych stworach. Niektóre z tych opowieści rzeczywiście są prawdziwie, ale wiele rozrasta się w czasie opowiadania, a większość jest prawie na pewno czystym łgarstwem.

***

Mat to prawa ręka bosmana i jeden z filarów żelaznej dyscypliny panującej na okrętach wojennych i w oddziałach piechoty morskiej Marienburga. W czasie codziennych zajęć to mat organizuje pracę marynarzy i żołnierzy okrętowych – pilnuje ładunku, nadzoruje przygotowania do żeglugi, dba o stan uzbrojenia, amunicji i wyposażenia. Zadaniem matów jest sprawne egzekwowanie rozkazów bosmana oraz utrzymywanie żelaznego porządku nawet wśród najbardziej zatwardziałych wichrzycieli. Ich głos, przesiąknięty solą i krwią, potrafi uciszyć pijany bełkot i postawić do pionu najbardziej krnąbrnego rekruta. Dla załogi są jak topór kata – surowi, nieubłagani i zawsze gotowi do działania.

Marynarze Piechoty Morskiej rekrutowani są głównie spośród mieszkańców Marienburga – potężnego portowego miasta–państwa na zachodnim wybrzeżu Starego Świata – oraz z rybackich wiosek rozciągających się wzdłuż wybrzeża Morza Szponów i biegu rzeki Reik. W regionie tym sztuka żeglowania przekazywana jest z pokolenia na pokolenie, a wielu chłopców uczy się wiązać węzły i stawiać żagle, zanim jeszcze nauczy się porządnie chodzić. 

Liczne floty miasta złożone są z potężnych galeonów kupieckich, szybkich szkunerów znanych jako wilcze łodzie, oraz uzbrojonych po zęby galer wojennych. Te jednostki nie tylko zabezpieczają szlaki handlowe i transportowe, ale też patrolują morskie granice Imperium, odpierając ataki korsarzy z Norski, piratów z Bretonni oraz potwornych, bluźnierczych flot Chaosu, które czasem wyłaniają się z mgieł północnych mórz.

Na pokładach tych okrętów służą wyłącznie najbardziej doświadczeni i zaufani marynarze – wilki morskie, dla których sztorm, abordaż i krwawe starcia z morskimi potworami są codziennością. Reszta – mniej zdolni, ale często bardziej zuchwali – trafia do załóg statków kupieckich, przemytniczych szkunerów, pirackich jednostek lub budzących grozę galer niewolniczych, gdzie życie bywa krótkie, brutalne i pozbawione litości.

Życie marynarza, niezależnie od bandery, pod którą służy, to wieczna walka z żywiołem, wrogimi abordażami i własnymi słabościami. Praca jest ciężka, brutalna i nieprzerwanie narażona na śmierć – czy to przez burzę, zbuntowaną załogę, czy potwory wynurzające się z morskich głębin. W rezultacie marynarze słyną z hałaśliwego, zuchwałego zachowania, twardych pięści i ciętych języków. Nadużywają taniego rumu i gorzałki, wiecznie się przechwalają, wdają w bójki, a ich obecność w portowych tawernach niemal zawsze kończy się rozróbą lub demolowaniem lokalu. Wielu z nich ma więcej blizn niż zębów, a ich ciała pokrywają tatuaże przedstawiające syreny, kotwice i przeklęte rekiny.

Choć często sprawiają wrażenie szumowin i awanturników, są nieocenionymi wojownikami – zarówno na pokładzie statku podczas abordażu, jak i na lądzie, gdy zostaną rzucone do wsparcia regularnych oddziałów. Marynarze ci są zahartowani, odważni i nieprzewidywalni. Ich doświadczenie w walce wręcz, posługiwaniu się kordelasami, hakami, toporami, a także zdolność do szybkiego improwizowania czyni z nich wartościowe wsparcie wszędzie tam, gdzie zapach soli miesza się z zapachem prochu.

***

Harpunnicy to doświadczeni, twardzi i brutalni żeglarze służący na kutrach rybackich oraz galerach wojennych. Harpunnicy biegle posługują się kuszami, oszczepami oraz harpunami, które często wykorzystywane są w polowaniach na morskie stwory oraz potężne i śmiertelnie niebezpieczne potwory. Wielu harpunników na własnej skórze doświadczyło siły potęgi krakenów oraz węży morskich.

***

Żołnierze okrętowi to twardzi i zahartowani wojownicy, którzy służą na okrętach floty wojennej Marienburga oraz na uzbrojonych jednostkach handlowych należących do najpotężniejszych domów kupieckich. W przeciwieństwie do zwykłych marynarzy, których obowiązkiem jest obsługa żagli, lin i sterów, żołnierze okrętowi nie zajmują się żeglugą – ich jedynym i najważniejszym zadaniem jest obrona okrętu przed napaścią wrogich flot, piratów, korsarzy z Norski i potworów czających się w morskich głębinach. W razie abordażu to właśnie oni jako pierwsi stają do walki, broniąc pokładu z toporami, kordelasami i muszkietami w dłoniach, niejednokrotnie przechylając szalę bitwy dzięki swojej determinacji i brutalności.

Po zejściu na ląd żołnierze okrętowi pełnią również inne, mniej chwalebne obowiązki. Często polują w portowych tawernach i spelunach na pijanych marynarzy, których siłą werbują do służby – praktyka ta, choć nielegalna, jest tolerowana przez wielu kapitanów i właścicieli statków, którzy w ten sposób uzupełniają braki w załogach. Niejeden niczego nieświadomy marynarz obudził się w cuchnącej ładowni, daleko od brzegu, pamiętając jedynie ostatni łyk taniego rumu i nagłe uderzenie w tył głowy. Rekrutacja na pałę to dla żołnierzy okrętowych chleb powszedni, a ich reputacja jako zbirów i porywaczy nie jest ani przesadzona, ani niesprawiedliwa. Nie są to bohaterowie z pieśni bardów, lecz brutalni specjaliści od wojny na wodzie, bez których żaden statek nie przepłynie bezpiecznie przez zdradliwe wody Morza Szponów.

***

Przepatrywacze to doświadczeni tropiciele, zwiadowcy i przewodnicy, którzy odgrywają kluczową rolę w kompaniach z Marienburga – zwłaszcza podczas działań na lądzie, z dala od przyjaznych portów. Ich głównym zadaniem jest badanie terenu przed nadciągającą kompanią: przeczesują lasy, bezdroża i ruiny w poszukiwaniu zasadzek, pułapek, śladów obecności wroga lub niepokojących zjawisk, które mogłyby zagrozić bezpieczeństwu oddziału.

W drużynach Marienburgczyków przepatrywacze odgrywają rolę oczu i uszu kompanii – uprzedzają o zagrożeniu, wskazują bezpieczne ścieżki i nieraz ratują całą kompanię przed zasadzką lub katastrofą. To dzięki nim oddziały mogą poruszać się szybko i skutecznie, unikając zbędnych walk lub przygotowując zasadzki na przeciwnika. Bez przepatrywaczy, żadna wyprawa w nieznane nie miałaby szans na powodzenie.

***

Bukanierzy to krasnoludzcy Pogromcy, którzy znaczną część swego burzliwego życia spędzili na morzu, służąc na pokładach pancernych okrętów floty krasnoludzkiej lub jako najemnicy na statkach ludzi. W poszukiwaniu śmierci godnej pamięci ich przodków przemierzali wzburzone wody Morza Szponów, Zatoki Czarnego Lądu czy nawet krwawe cieśniny wokół Wysp Południowych. W licznych walkach z piratami, korsarzami z Norski, bretońskimi przemytnikami oraz morskimi potworami poszukiwali swego przeznaczenia – śmierci w bitwie, która zmyje hańbę i otworzy im bramy do sal przodków.

Wielu bukanierów, którym mimo lat poszukiwań nie udało się odnaleźć chwalebnej śmierci na pokładzie płonącego statku czy w paszczy morskiego monstrum, schodzi na ląd i dołącza do zbrojnych kompanii ludzi – szczególnie tych, które wyruszają na ekspedycje przez dzikie ostępy czy przeklęte ruiny. Marienburgczycy, z którymi krasnoludy od pokoleń łączą więzy handlu i braterstwa broni, chętnie przyjmują bukanierów w swoje szeregi, wiedząc, że ich odwaga, brutalność i determinacja są bezcenne podczas walki w zwarciu lub obrony pozycji.

Obecność bukanierów bywa źródłem kłopotów – szczególnie w miastach – ale też gwarancją, że gdy dojdzie do starcia, linia nie pęknie. Bukanierzy nie walczą dla złota – ich celem jest śmierć, ale tylko taka, która zasługuje na pieśń w salach przodków. 

To wzmocniony, funkcjonalny zaprzęg używany przez kompanię piechoty morskiej do transportu zaopatrzenia, amunicji, ekwipunku i rannych w trakcie operacji lądowych. Choć jego konstrukcja wywodzi się z klasycznych miejskich powozów kupieckich, został dostosowany do potrzeb mobilnych oddziałów wojskowych, które często przemieszczają się między portami, fortami i osadami przybrzeżnymi.

Ciężka, drewniana skrzynia powozu osadzona jest na czterech kołach i wsparta metalowymi okuciami, które chronią ją przed uszkodzeniami podczas jazdy po wyboistych traktach Jałowej Krainy. Zaprzęg najczęściej stanowią pary silnych koni lub mułów, zdolnych ciągnąć pojazd przez błotniste drogi i prowizoryczne mosty. Dach pokryty impregnowanym płótnem lub skórą może służyć zarówno za osłonę przed deszczem, jak i maskowanie w trakcie nocnych postojów.

Wnętrze powozu nie oferuje luksusów, lecz zostało zaprojektowane z myślą o funkcjonalności. Znajdują się w nim kufry na broń palną, zapasowe beczki z wodą i rumem, skrzynie z racjami żywnościowymi oraz podstawowe narzędzia do naprawy sprzętu. Część powozów piechoty morskiej przerobiono na ruchome kuchnie polowe lub lazarety polowe, ułatwiające wykarmienie kompanii albo udzielenie pierwszej pomocy rannym żołnierzom.

Dla kompanii piechoty morskiej powóz pełni rolę mobilnego zaplecza – bez niego oddział nie byłby w stanie utrzymać gotowości bojowej podczas dłuższych wypraw w głąb lądu. Pancerne boksy z zamkami pozwalają zabezpieczyć najcenniejszy ładunek.

***

Klasyczny rydwan to pojazd oparty na dwóch solidnych, drewnianych kołach przymocowanych do mocnej osi. Na niej wspiera się platforma, zwykle otoczona z trzech stron ciężkimi burtami, które chronią wojowników przed pociskami i uderzeniami. Otwarta tylna część pozwala załodze szybko wsiadać i zeskakiwać z pojazdu, co czyni rydwan niezwykle mobilnym środkiem transportu i walki. Konstrukcja ta, choć prosta, łączy w sobie brutalną skuteczność z wojenną elegancją.

W szeregach piechoty morskiej Marienburga rydwany wykorzystywane są do szybkich szarż i walki wręcz – ich załogi z impetem wbijają się w linie przeciwnika, siejąc chaos i zamęt, a następnie kontynuują starcie wręcz z wykorzystaniem broni drzewcowej.

Piechota Morska z Marienburga nie jest legendą ani ozdobą kronik – jest rachunkiem, który zawsze domaga się spłaty. Gdzie inni widzą granice prawa, oni widzą rubryki w księdze zysków; gdzie inni szukają chwały, oni szukają bilansu. W portach i na traktach, w ruinach i w sztormie, zawsze powracają jak dług, którego nie można zignorować. W ich śladzie zostaje cisza magazynu zapieczętowanego łańcuchami, zapach prochu unoszący się nad wodą i wspomnienie twarzy tych, którzy nie zapłacili w porę. Bo Marienburg zna tylko jedną pieśń – szelest monet – a Piechota Morska jest jej refrenem, powtarzanym w rytmie kroków po mokrym bruku. Reszta to już tylko wpis w rubryce: strata ostateczna.

czwartek, 21 września 2017

Postać Dramatu - Wilhelm Schwarz, Zbrojmistrz.

Dziś mam dla Was propozycję zasad kolejnej Postaci Dramatu do Warheim FS - szanowne państwo-draństwo oto Wilhelm Schwarz, Zbrojmistrz.

Wszelkie uwagi, komentarze i sugestie mile widziane. Jeżeli dostrzegliście jakieś błędu lub macie pomysł na jakąś modyfikację to piszcie.

Jeśli szanowne państwo-draństwo ma pomysły na kolejnych bohaterów specjalnych do Warheim FS, a wystarczy mi nawet krótki opis zawarty w kilku zdaniach, to piszcie śmiało w komentarzach poniżej.


Zachęcam także do POLUBIENIA gry Warheim FS na FB,
dołączenia do BLOGOSFERY oraz komentowania wpisów!
Zapraszam także na forum AZYLIUM, które skupia graczy
Mordheim i Warheim FS.

wtorek, 11 października 2016

Kampania 'Wielki Łooomot Nurbaga, czyli ucieczka z Gór Czarnych!', raport bitewny, Strażnicy dróg z Averlandu vs Piechota morska z Marienburga

Zapraszam do lektury raportu z trzeciej potyczki stoczonej pomiędzy Strażnikami dróg z Averlandu a Piechotą Morską z Marienburga pod komendą Krnabrnego (z którego relacją możecie zapoznać się TUTAJ).

Rozgrywkę stoczyliśmy według zasad kampanii 'Wielki Łooomot Nurbaga, czyli ucieczka z Gór Czarnych!' do Warheim FS w którą od września gramy w Innym Wymiarze z Katowicach.


Herzschwarz von Steinharte, Kapitan strażników dróg z Averlandu nie słuchał raportu stojącego przed nim Trapera, rozkojarzony wpatrywał się w mgłę. Mleczny, gęsty opar pojawił się znikąd i szczelnie spowił dolinę tłumiąc dźwięki i ograniczając widoczność do kilku kroków. Wilgoć i zimno wdzierały się pod skórzane kurty.

- ...Panie Kapitanie! - zakończył relację ranger, szlachcic odprawił go skinieniem dłoni i spojrzał na masywną postać Ogra.

- To nie jest dobry dzień - odpowiedział Dummkopf Stinkerute. - W nocy miałem sen, śniły mi się Fimiry...

- Fimiry? W górach? - prychnął von Steinharte obcesowo przerywając Najmicie. - To nie Jałowa Kraina, to nie bagna wokół Marienburga. To Czarne Góry! A tam - człowiek wskazał centrum doliny - jest wypełniona samorodkami złota sadzawka. Pozostałość po płuczarce działającej w kopalni kruszcu. Złoto, rozumiesz? Złoto!

- ...śniły mi się Fimiry i krew. Śnił mi się port w Marienburgu... - mówił spokojnie Dummkopf Stinkerute, a w jego gardłowym, chrapliwym głowie dało się słyszeć skrywaną głęboko tęsknotę. - ...i śniła mi się śmierć. - dokończył patrząc z góry na dowódcę strażników dróg z Averlandu.

***

- To ludzie, Panie Kapitanie! - zameldował Traper. - Sądząc po barwach Marienburgczycy. Dużo. We mgle ciężko policzyć...

- A jak zadanie, wypełniliście rozkaz? - zapytał zimno Kapitan.

- Tak, Panie Kapitanie! Sidła założone, tylko czemu w tamtym...

- Bo taki wydałem rozkaz! - warknął niemal niesłyszalnie Herzschwarz von Steinharte. - I nigdy, powtarzam NIGDY więcej nie chcę o tym słyszeć. Choćby was kołem łamali... Zresztą... - w oczach szlachcica pojawił się bardzo nieprzyjemny błysk - ...jeśli się wyda to Księżna-Elektor Ludmiła von Alptraum wszystkim nam spotkanie z Mistrzem Małodobrym zafunduje. Odmaszerować!

Kapitan spojrzał w kierunku Dummkopfa Stinkerute - Port w Marienburgu i śmierć powiadasz?

Ogr wzruszył potężnymi barkami, spojrzał na łowczynię nagród rozmawiającą z Prezbiterem Sigmara i uśmiechnął się wilczo.

- I krew. Dużo krwi - zarechotał Ogr. - Oj, szkoda. Szkoda, spodobała mi się.

- Po wszystkim możesz sobie ją wziąć. Tylko dyskretnie, ludzi mi nie gorsz...

- Mówiłem już, że to nie jest dobry dzień? - zapytał szczerząc zęby Dummkopf Stinkerute.


Herzschwarz von Steinharte zaklął szpetnie. W gęstej jak mleko mgle nie było nic widać, głosy ludzi odbijały się echem od niewidocznych zboczy doliny, zwodziły. Gdzieś w oddali rozległo się wściekłe parskanie konia i urwany krzyk człowieka.

- Wśród Marienburgczyków jest ktoś kogo szukam Kapitanie! - Łowczyni nagród zignorowała panujący po drugiej stronie doliny harmider. - Żądam, by pańscy najlepsi ludzie pomogli mi go schwytać.

Dowódca strażników dróg spojrzał na dobrze zbudowaną młodą dziewczynę, na jej ognistorude włosy, zielone oczy i piegi pokrywające nos, policzki i częściowo odsłonięty warty patrzenia dekolt.

- Żądasz? A żądanie swe popierasz pieczęcią miłościwie panującej nam Księżnej-Elektor - bardziej stwierdził niż zapytał von Steinharte. - Dobrze zatem. Dummkopf Stinkerute to najlepszy wojownik jakiego mam, choć trudno nazwać go człowiekiem. Dlatego, by twemu żądaniu stało się zadość dostaniesz jeszcze do pomocy Rajtara. Nie jest najlepszy ale dla ciebie wystarczająco dobry. Czy to cię satysfakcjonuje pani?

- A reszta waszych ludzi?

- Reszta moich ludzi pójdzie za mną. - Kapitan uśmiechnął się. - I wspomoże was jeśli zajdzie taka potrzeba. Wspomoże was niezwłocznie.

***

- Naprzód! - ryknął Dummkopf Stinkerute do Rajtara i Woźnicy. - Ja z nią zostanę, a wy naprzód! Naprzód!

Ogr kucnął i z okrutnym błyskiem w oku spojrzał na leżącą pod skałą dziewczynę. Przyłożył wyprostowany palec wskazujący do ust.

- Ciii! Nie krzycz, zdradzisz naszą pozycję - szepnął cicho Najmita. - Trzeba było słuchać Traperów. Mówili na odprawie, żeby nie biegać we mgle bo wykrotów i szczelin po starej kopalni tu pełno. I nogi można połamać...

- Trzeba... było... na... mnie... poczekać... - wysapała ciężko i wyciągnęła dłoń w kierunku Ogra. - Pomóż... mi...

Najmita złapał ramię dziewczyny, podniósł ją, obrócił i wielką jak bochen dłonią zasłonił ustal i nos.

- Ciii! Spokojnie, jeszcze chwilę i będzie po wszystkim, nie będzie bólu, nie będzie cierpienia. - Ścisnął mocniej gdy pozbawiona powietrza łowczyni nagród zaczęła się szarpać walcząc o życie. - Zostawię cię na chwilę ale nie martw się. Kiedy skończy się bitwa wrócę do ciebie i zrobię to, na co teraz nie ma czasu. Ciii!


Strażnicy dróg zatrzymali się gdy nieopodal za skał usłyszeli stłumiony przez mgłę krzyk kobiety.

- Naprzód! - warknął Herzschwarz von Steinharte. - Nie jest sama. Wiedziała co robi, a my tu mamy swoje zadania. Naprzód!

... Traperzy oraz Rajtar i powożony przez Woźnicę Zaprzęg wyprzedzili strażników dróg i znikli w mgle zbliżając się do położonej w sercu doliny sadzawki, w wodach której błyszczały wielkie jak pięści samorodki złota…

Zapanowała cisza, którą przerwał głośny świst przecinającego powietrze masywnego bełtu wystrzelonego z kuszy przez bogato odzianego kawalerzystę, który na drugim brzegu sadzawki wynurzył się z mgły. Pocisk z impetem uderzył w jednego z Traperów.

- Raz! - krzyknął głośno odziany w barwy Marienburga kawalerzysta.

- Wróg! - krzyknął Rajtar dobywając w galopie pistoletu, z którego wystrzelił w kierunku wrogiego jeźdźca, jednak z lufy zamiast huku dobiegł jedynie stłumiony syk niedopalonego prochu. Rajtar zaklął i dobył drugiego pistoletu. Nacisnął spust, potężny huk odbił się echem od ścian kotliny, a ołowiana kula raniła uzbrojonego w kuszę konnego. Zraniony zacisnął zęby, opanował wierzchowca, przeładował kuszę i posłał bełt w ślad za niknącym we mgle Rajtarem. Mgła stłumiła zarówno krzyk bólu i oddalający się odgłos kopyt lekkiego wierzchowca.

- Dwa! - krzyknął Kapitan żołnierzy z Marienburga! - To nie jest wasz dobry dzień!

- Marienburg i śmierć... - wyszeptał Herzschwarz von Steinharte, a po chwili krzyknął głośno - Traper! Pikinierzy! Zająć się tym konnym. Reszta za mną! Naprzód! Stinkerute gdzie jesteś? Pora zarobić na żołd!

Ogr, który chwilę wcześniej wyłonił się zza skały ryknął głośno, dobył maczugi i w pełnym biegu uderzył na żołnierzy z Marienburga. Zaskoczeni atakiem potężnego Najmity wojownicy stanęli jak wryci, a dwóch stojących bliżej upadło na ziemię gdy stwór z impetem wbił się w ciżbę. Po chwili na Stinkerute zaszarżowali kolejni Marienburgczycy, jednak Ogr z uśmiechem na szpetnej twarzy odpierał ich ataki i jednego po drugim wyłączał z walki. - Raz! - ryknął gdy na ziemię padł pozbawiony przytomności kapłan Mannana. - Dwa! - gdy na ziemię osunął się młody Mat...

Jednak reszcie strażników dróg z Averlandu nie wiodło się tak dobrze. Spod kół rozpędzonego powozu bez trudu odskoczył doświadczony widać w takich manewrach Żołnierz okrętowy. A gdy pędzące na siebie wrogie zaprzęgi odbiły się od siebie burtami dolinę wypełnił ogłuszający łoskot...

- Trzy! - krzyknął odziany w barwy Marienburga Kapitana, celnym strzałem raniąc Prezbitera Sigmara.

- Cztery! - na ziemię bez ducha osunął się trafiony bełtem Pikinier.


Herzschwarz von Steinharte zaklął po raz kolejny. Gęsta jak mleko mgła, która oślepiła Averlandczyków zdawała się w ogóle nie przeszkadzać pochodzącym z Jałowej Krainy Marienburgczykom.

- To nie jest dobry dzień - wyszeptał Herzschwarz von Steinharte. - Odwrót! Ogr sobie poradzi. - Albo i nie. Zresztą Stinkerute i tak ma tu jeszcze coś do zrobienia - pomyślał Kapitan Averlandczyków cofając się w mgłę…


Zachęcam także do POLUBIENIA gry Warheim FS na FB,
dołączenia do BLOGOSFERY oraz komentowania wpisów!
Zapraszam także na forum AZYLIUM, które skupia graczy
Mordheim i Warheim FS.

czwartek, 15 sierpnia 2013

Kapłan Mannana

W przerwie pomiędzy pisaniem wprowadzenia do Warheim FS postanowiłem w końcu odpowiedzieć na prośby graczy dowodzących kompaniami Piratów z Sartosy i Piechoty Morskiej z Marienburga.

Zgodnie z sugestiami graczy wprowadziłem postać Kapłana Mannana, który będzie stanowił alternatywę dla Czarownika.

Zasady Kapłana Mannana oraz Modlitwy do Pana Mórz można ściągnąć STĄD lub przeczytać ONLINE.


Gdyby państwo-draństwo miało jakieś uwagi co do zasad specjalnych czy modlitw to piszczcie na Azylium.


DOWNLOAD|ONLINE


Zachęcam także do POLUBIENIA gry Warheim Fantasy Skirmish na FB,
dołączenia do BLOGOSFERY oraz komentowania wpisów!
Zapraszam także na forum AZYLIUM, które skupia graczy
 Mordheim i Warheim Fantasy Skirmish.

sobota, 25 maja 2013

Małpa

Dziś będzie o Małpie. Ale nie takiej zwykłej, bo Małpa, która zrodziła się w głowie Pepe została działonowym Piratów z Sartosy oraz Piechoty Morskiej z Marienburga.

I nie przedłużając, zapraszam szanowne państwo-draństwo do zapoznania się z zasadami kolejnego zwierzaka w menażerii Warheim FS:



Zachęcam także do POLUBIENIA Warheim Fantasy Skirmish na FB,
 dołączenia do BLOGOSFERY oraz komentowania wpisów!
 Zapraszam także na forum AZYLIUM, które poświęcone jest
nie tylko grze Warheim Fantasy Skirmish.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...